RSS
sobota, 10 czerwca 2006
Wojsko czeka

Powszechny obowiązek służby wojskowej był lub jest zmorą wszystkich, którzy woleliby tego uniknąć. Mimo zmiany przepisów prawa oraz zdecydowanie łagodniejszego podejścia jedno nie uległo zmianie - nadal wielu Polaków stara się za wszelką cenę ominąć „szerokim łukiem”, zaszczytny wobec ojczyzny obowiązek... Marcin Ryglewski i Piotrek Madej są w Wielkiej Brytanii od półtora roku, w samym Londynie od ośmiu miesięcy. - Przyjechaliśmy prawie bezpośrednio po skończeniu szkoły średniej.

Przez krótki czas w naszym rodzinnym Jarosławiu mieliśmy prace dorywcze, ale nie dało się z tego wyżyć. Dodatkowo zaczęło nas „ścigać” wojsko - wspominają. Obecnie, jak sami dodają, łączą przyjemne z pożytecznym. Czyli ni mniej ni więcej pracując i żyjąc, konkretnie w Londynie, są z dala od poboru. Podobna historia stałą się także udziałem Janusza Kopczuka, który przyjechał do Londynu dwa tygodnie temu. - Byłem już w tym roku na komisji poborowej, a że przerwałem chwilowo naukę, wiedziałem, że tak czy inaczej będę musiał wybrać pomiędzy wojskiem a pracą. W rodzinie z pieniędzmi ciężko, chciałem się trochę wyrwać i usamodzielnić. Wybrałem to drugie - podkreśla pochodzący z Hajnówki pod Białymstokiem mężczyzna. Czy jednak aby na pewno ich wybór był właściwy i mają już względny spokój z poborem do polskiego wojska?

Nowelizacja

29-go lipca ubiegłego roku weszły w życie nowe regulacje prawne dotyczące powszechnego obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej oraz o służbie zastępczej. - Obecna nowelizacja ustawy stwarza większe możliwości kontaktu z odpowiednimi jednostkami wynikającymi z prawa obywateli wobec państwa. Stało się tak w odpowiednim momencie, gdyż zauważyliśmy, szczególnie po wejściu Polski w struktury Unii Europejskiej, wzrastającą liczbę wyjazdów młodych ludzi za granicę - mówi płk Leszek Laszczak z Centrum Informacyjnego Ministerstwa Obrony Narodowej.

Zmiany

Jedną z ważniejszych zmian jest zniesienie górnego pułapu wieku powoływanych do wojska. Oznacza to tyle, iż osoba uciekająca przed poborem i pozostająca poza terem Polski, może być po powrocie zmuszona do odbycia tejże służby bez względu na to, czy ma 29 czy np.35 lat. - Jeśli ktoś wybrał dłuższy pobyt za granicą powinien dopełnić uzupełnienia obowiązku meldunkowego i zgłosić nam swój nowy adres. Obecne przepisy są bardziej elastyczne, a służba zawodowa będzie w Polsce dopiero za 6 lat - dodaje płk Laszczak.

Warto jest więc, znając swoje plany życiowe skontaktować się z najbliższą nam jednostką Wojskowej Komendy Uzupełnień. Polscy obywatele podlegają bowiem polskiemu prawu, a w myśl nowych przepisów „w przypadku wystąpienia określonych okoliczności uniemożliwiających powołanie poborowego do zasadniczej służby wojskowej w okresie 18 miesięcy od poboru, okres ten ulega przerwaniu i zaczyna się od początku dopiero po ustaniu tych okoliczności”.

Kontakt

Niezbędny byłby wobec tego kontakt, choćby telefoniczny w celu wyjaśnienia i określenia swojej sytuacji. Obecnie okres obowiązkowej służby wojskowej wynosi 9 miesięcy, natomiast, np. absolwentów wyższych uczelni 3 miesiące. W planach ministerstwa jest jednak dalsze zmniejszenie tychże terminów. - Mamy możliwości egzekwowania tegoż obowiązku. Bardzo sprawnie przebiega współpraca między obu wywiadami, tzn. polskim i brytyjskim. Coraz lepiej współpracują też policje tych państw, jednakże przede wszystkim kładziemy szczególny nacisk na możliwości formalno - prawne rozwiązywania tychże kwestii. - podkreśla płk. Leszek Laszczak z Centrum Informacyjnego MON.

Europa w MON-IE

 Warto jest więc wcześniej zadbać o uregulowanie spraw poboru. Nowe przepisy działają bowiem wg. zasady „co się odwlecze, to nie uciecze...”, a przyjeżdżając na Wyspy Brytyjskie jedynie odwlekamy w czasie uregulowanie stosunku do służby wojskowej. W przeciwieństwie do Ministerstwa Finansów, które działa zbyt opieszale w przypadku tzw. „podwójnego opodatkowania” taka sama sytuacja nie musi mieć miejsca w przypadku Ministerstwa Obrony Narodowej i poboru do wojska. Europa wkroczyła do polskich ministerstw teoretycznie w tym samym czasie. Nie warto jest chyba przekonać się o tym, że to prawda tylko połowiczna...

Darek Zeller

Polish Express

23:05, szterling
Link Komentarze (2) »
Na tropie historii: Dziennik Polski - podróż w czasie

Każdy jubileusz skłania do spojrzenia w przeszłość. Tak stało się i tym razem – przy okazji 65. rocznicy istnienia „Dziennika Polskiego” po raz kolejny sięgnęłam do jego historii. I także swojej własnej historii.

„Dziennik Polski” to szacowna instytucja. Pierwszy numer tej najstarszej w Europie gazety codziennej w języku polskim ukazał się 12 lipca 1940 r. Tempo tworzenia gazety było więc ogromne, jeśli zważy się, że pierwsze posiedzenie rządu polskiego w Londynie odbyło się zaledwie dwa tygodnie wcześniej, po ewakuacji z Paryża. Siedzibę znalazł „Dziennik” w St. Clement’s Press, wydawnictwie z ogromnymi tradycjami, które wydawało m.in. ukazujący się od 1888 r. „The Financial Times”.

Z tej pierwszej redakcji żyje jeszcze tylko Maria Gryziecka-Goldberg, która pracowała tam jako maszynistka, później dziennikarka, specjalizująca się w narciarstwie klasycznym. Tak wspomina tamte czasy: „Redakcja mieściła się na drugim piętrze w jednym pokoju, a raczej pokoiku z dużym półokrągłym oknem wychodzącym na zachód. Dwa zestawione stoły tworzyły kwadrat zapełniający centrum pokoju, tyle że było dość miejsca na cztery krzesła, za którymi można było się przecisnąć. Przy wejściu z jednej strony stał teleskryptor (urządzenie działające podobnie do dzisiejszego faksu), a z drugiej strony wąski podłużny stół do pisania i korekty. Dwie maszynistki, Marysia Piotrowska i ja, siedziałyśmy naprzeciwko, a dyktujący jeden po lewej, a drugi po prawej stronie. Miałyśmy dwie muzealne, wysokie maszyny do pisania, szczęśliwie z polskimi czcionkami. Na stole stały telefony, jeden z nich prawie stale zajęty przez komunikację z polskim Ministerstwem Informacji, co było normalne, jeśli szło o komunikaty, ale dochodził do tego „pociąg do farby drukarskiej” ministra prof. Stanisława Strońskiego”.
„Dziennik” był deficytowy – przynosił co miesiąc straty, ale nikt się tym nie przejmował. Pokrywane były z kasy rządowej. Ministrowie byli zadowoleni, że mają „organ”, który nie będzie skracał ich przemówień i dokładnie informował komu i przy jakiej okazji ściskali ręce. Towarzyszyła temu wiara, że mocą pisanego słowa można odwrócić bieg historii. A toczyła się ona wówczas na różnych frontach i w zaciszach, nie zawsze przyjaznych Polsce gabinetów. Z perspektywy Londynu to ostatnie wydawało się czasem ważniejsze. Kiedyś nawet ukazała się notatka, że z powodu braku miejsca wiadomości z frontu ukażą się dopiero następnego dnia.
W 1944 r. „Dziennik Polski” został połączony z wychodzącym w Glasgow „Dziennikiem Żołnierza”. I ta tradycyjna nazwa „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza” przetrwała do dziś.

Po wojnie „Dziennik” stał się pismem niezależnym, przeznaczonym dla emigrantów, których osiedliło się tu ok. 250 tys. Wtedy rozkwitł w całej pełni. Nakład wahał się od 25 do 35 tys. egzemplarzy. Do „Dziennika” pisali znani i uznani publicyści, literaci i dziennikarze, m.in. mieszkający w Paryżu Wacław Zbyszewski, Władysław Łobodowski z Madrytu, Jan Nowak-Jeziorański z Monachium, ale przede wszystkim „londyńczycy”, wśród nich Marian Hemar, Stefania Kossowska i wielu, wielu innych. Z tych znakomitych piór do czasów współczesnych, z przerwami czasem wieloletnimi, dotrwała Krystyna Cywińska, w latach 60. redagowała rubrykę „Przeważnie dla pań, a czasem dla panów”; to od jej artykułów przez lata czytelnicy (po nekrologach) rozpoczynali czytanie „Tygodnia”.
Redakcja „Dziennika” przyciągała zawsze różnego typu ekscentryków. Może dlatego, że największym z nich był Karol Zbyszewski, który przetrwał wszystkie zmiany, zawirowania i był – jak sam pisał – jak nie wiadomo czemu jedyną spróchniałą szafą, którą zostawia się po generalnym remoncie całego lokalu. Tych „remontów” Zbyszewski przeżył w redakcji wiele. Wreszcie, na dziesięć z górą lat, został redaktorem naczelnym pisma.
To on przyjmował mnie do redakcji we wrześniu 1983 r. Miał bardzo sceptyczny stosunek do dziennikarstwa i dziennikarzy; mówił: „Tylko bardzo naiwni lub zarozumiali dziennikarze wierzą, że są popularni. Pismo jest wzięte, nie oni” i dodawał: „Prawdziwy dziennikarz jest przyzwyczajony do wymyślań i nie przejmuje się nimi. Dziennikarz, który nie został obsztorcowany, jest najwyraźniej arcybanalny i nieczytany”. Gdy ktoś wymyślał mu przez telefon, śmiał się jak dziecko.
Raz tylko zareagował bardziej nerwowo. Mieliśmy terenowego korespondenta o niezrównoważonym charakterze. Skłócony był ze wszystkimi. Od czasu do czasu przyjeżdżał do redakcji, by poskarżyć się na wszystkich kładących mu kłody pod nogi. Kiedyś wpadł jak zwykle, schwytał ciężkie, tak zwane redaktorskie nożyce, pamiętające chyba jeszcze czasy pierwszej wojny światowej (poza przycinaniem długich szpalt gazety służyły również do cięcia kanapek przyniesionych z domu, którymi redaktorzy dzielili się wzajemnie), i krzyknął: „Kto tu jest przeciwko mnie?”. Zbyszewski wolał wycofać się za zamknięte drzwi swego gabinetu, który wielkością przypominał budkę telefoniczną.

Bałam się Zbyszewskiego jak uczennica srogiego nauczyciela matematyki. On chyba wyczuwał to i używał sobie. Wszystkie teksty, które mu przynosiłam, komentował tak samo: „Pani... A kto to będzie czytał?” Dopiero z czasem zauważyłam, że była to jego reakcja na wszystkie przynoszone mu artykuły.
Sytuacja zmieniła się, gdy przyjechała moja mama. Dumnie oprowadzałam ją po redakcji i przedstawiłam Zbyszewskiego. „Czy ma pan coś wspólnego z autorem „Niemcewicza od przodu i tyłu?” – zapytała moja mama i przez dłuższy czas rozwodziła się nad tym, jak to jej rodzice chowali książkę, by takie „okropieństwa” nie dostały się w ręce jej i jej brata. Książka, przygotowana jako praca doktorska, odrzucona przez promotorów, stała się towarzyskim przebojem, a zarazem skandalem przedwojennej Warszawy. Zbyszewski słuchał z wyraźnym zadowoleniem. Wreszcie powiedział: „Tak, chyba go znam... To ja ją napisałem”.
Wtedy w redakcji pracowali m.in. Edward Chudzyński – powstaniec warszawski, poeta i dramatopisarz, a przede wszystkim wielki kpiarz, Janusz Jasieńczyk – przedwojenny adwokat i dziennikarz, autor książki „Słowo o bitwie”, erudyta Maciej Cybulski – również powstaniec, który właśnie wrócił do „Dziennika” po kilkunastu latach przerwy spędzonych w Polskiej Sekcji BBC. Dyrektorem Polskiej Fundacji Kulturalnej był wówczas Zbigniew Błażyński, który na początku lat 50. przeprowadzał dla Radia Wolna Europa wywiady z uciekinierem bezpieki Józefem Światło, a później przez wiele lat szefował Polskiej Sekcji BBC.
Wkrótce Zbyszewski odszedł na emeryturę, a zastąpił go Mikołaj Szumski, który również wrócił do „Dziennika” po wielu latach spędzonych w radiu – przez ponad 20 lat pracował w RWE w Monachium, a swą karierę dziennikarską rozpoczynał w Szkocji w „Dzienniku Żołnierza”. To właśnie ci ludzie uczyli mnie dziennikarstwa i tego, jak robić dobrą gazetę, która – jak pisał Zbyszewski – „Nie narzuca swych poglądów czytelnikom... Dobry dziennik wyczuwa swego odbiorcę i daje im to, czego pragną”.

W tamtym czasie „Dziennik” był po pierwszej „rewolucji technicznej”. W redakcji zainstalowano faks. Wcześniej wszystkie depesze pisane w londyńskiej siedzibie redakcji dziennikarze dyktowali przez telefon na zainstalowany po drugiej stronie druta magnetofon. Potem sekretarka w drukarni przepisywała to na maszynie, aż wreszcie linotypiści składali teksty w metalu. W ten sposób postępowano z wiadomościami bieżącymi. Codziennie też gruba koperta była odwożona na stację Victoria, skąd podróżowała do drukarni Caldra House położonej w nadmorskim Hove.
„Dziennik” od wielu lat miał bowiem własną drukarnię nad morzem. Nie była to fanaberia, ale dobrze przemyślana decyzja. Drukowanie „u Anglików” – jak to się zwykło mówić – sprawiało, że nie tylko robili oni straszliwe błędy w polszczyźnie, ale też wciąż istniało zagrożenie strajkami solidarnościowymi, które od czasu do czasu obejmowały całe gałęzie przemysłu. Na prowincji związki nie były tak mocne. Nie były to obawy nieuzasadnione: w 1955 r., kiedy „Dziennik” już drukował się we własnej drukarni w Hove, w Londynie strajk zorganizowany przez związek poligrafów trwał miesiąc.
Dom przy 9 Charleville Road w dzielnicy West Kensington w Londynie był najdłużej siedzibą redakcji, od 1964 do 1995 r.
Wydawało mi się, że kiedy po raz ostatni zamknę za sobą drzwi tej obskurnej kamienicy, odetchnę z ulgą. Kto był choć raz w tamtej redakcji rozumie to uczucie: strome, wąskie schody, małe pokoiki, w których trudno się było obrócić. Warunki przypominały redakcję z epoki Dickensa. Jedynie brzęk teleksu Reutera (stojącego w pomieszczeniu wielkości toalety, gdzie co jakiś czas przeciekał dach) dawał znać, że jest to koniec XX wieku. Lecz jednak w czasie przeprowadzki na Jeddo Road do przestronnych i widnych pokoi nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że gdzieś po drodze uciekł duch tego pisma.

Katarzyna Bzowska

Goniec Polski

23:01, szterling
Link Dodaj komentarz »
Prosto z wysp: Comprachicos
Nowy minister edukacji Roman Giertych zapowiedział, że chce skończyć w szkołach z tolerancjonizmem, propagowaniem dewiacji, postaw libertyńskich, a także z narkotykami i przemocą.

Comprachicos to złożone hiszpańskie słowo oznaczające „kupowanie dzieci”. Procederem tym zajmowali się w XVII w. członkowie tajnej sekty, którzy nie tylko kupowali i sprzedawali dzieci, ale czynili z nich dziwolągi. Robiono z normalnych dzieci potwory, z wykrzywionymi twarzami, zdeformowanymi kończynami, które później na dworach wielkich ówczesnego świata zabawiały władców. W Chinach przez wieki istniała podobna, choć znacznie bardziej wyrafinowana praktyka formowania żywego człowieka. Kilkuletnie dziecko wkładano do wazonu, z którego wystawały tylko nogi i ręce. W rezultacie, dziecko powiększało się, ale nie rosło. Przybierało kształty naczynia.
Pod koniec lat 60. XX w. amerykańska filozof Ayn Rand pisała: „Produkcja potworów – bezradnych, powykręcanych monstrów, których normalny rozwój został zahamowany – wciąż trwa”. Dla Rand takimi comprachicos byli przedstawiciele „postępowych” metod wychowawczych, które stosowano w niektórych amerykańskich prestiżowych prywatnych szkołach. Osobiście mam obawy, że znacznie większe spustoszenia uczynić mogą zwolennicy tak zwanych tradycyjnych metod. Właśnie wkroczyli oni do polskiego szkolnictwa.
Nowy minister edukacji Roman Giertych zapowiedział, że chce skończyć w szkołach z tolerancjonizmem, propagowaniem dewiacji, postaw libertyńskich, a także z narkotykami i przemocą. Co do ostatnich dwóch spraw: zgoda. Reszta: wątpliwe. Libertynizm i liberalizm w polskim wydaniu są często utożsamiane, a tolerancjonizmem określa się często zwykłą tolerancję dla kogoś, kto jest inny. Ponadto szkoła Giertycha ma wychowywać patriotycznie i narodowo. Wolałabym, aby dobrze uczyła i po prostu wychowywała na porządnych ludzi.

Jaka szkoła?
Niedługo kończy się rok szkolny. Do Wielkiej Brytanii przyjedzie wiele żon z dziećmi, których mężowie pracują tu już od dawna. Wiele z tych wreszcie połączonych rodzin będzie chciało ułożyć sobie normalne życie, posyłając dziecko do angielskiej szkoły. Jaka więc jest ta angielska szkoła? Z pewnością tych szkół jest wiele i to bardzo różnych. Przede wszystkim są takie, do których bardzo trudno się dostać (na jedno miejsce przypada dziesięciu kandydatów) i takie, do których strach posłać dziecko.
W szkole, do której chodziła moja córka, dzień zaczynał się od apelu, a centralnym punktem była chwila skupienia. Nie modlitwy – bo była to szkoła bezwyznaniowa, a dzieci, różnych kolorów skóry, wyznawały bardzo różne religie – ale właśnie skupienia. Więcej w niej było dyscypliny. Nowo przyjęty uczeń musiał podpisać kontrakt. Nie wywiązywanie się z niego groziło wyrzuceniem ze szkoły. Jej egzamin na poziomie GCSE przyjęłam z ulgą: nigdy więcej prasowania białych bluzek, czyszczenia żakietu i krawatu, które stanowiły część obowiązkowego mundurka. Kiedyś przez dłuższy czas usiłowałam wytłumaczyć co znaczy słowo ściągawka. Nie mogłam znaleźć angielskiego odpowiednika. Wreszcie Justyna krzyknęła: „Wiem. To po prostu cheating”. I jest to nie tylko różnica językowa. Nasze ściąganie, do którego z uśmiechem przyznają się na przykład politycy, to po prostu oszustwo.
Justyna tylko raz była na wagarach. Przyłapano ją i przez miesiąc musiała zbierać podpisy z obecności na każdej lekcji. Nie opłacało się. Jednocześnie nagminne były kradzieże telefonów komórkowych, co zresztą często robili uczniowie innych szkół napadający na wychodzących z lekcji. Policja była bezradna, podobnie jak w odniesieniu do handlarzy narkotyków, którzy zjawiali się równie regularnie jak samochody z lodami.

Abyśmy byli dobrzy…
Nie wiem, która szkoła – polska czy angielska – uczy lepiej. Wiem z pewnością, że angielscy uczniowie są mniej znerwicowani i chodzenia do szkoły nie traktują jako kary za niepopełnione winy. Może mają mniejszą wiedzę ogólną. Moja córka ukończyła szkołę zupełnie nie obarczona wiedzą z chemii czy francuskiego (uznała, że każdy obcy język powinien przychodzić jej tak łatwo jak polski i nie mogła zrozumieć potrzeby wkuwania słówek), ale jednocześnie swą wiedzą z zakresu sztuki mogłaby konkurować ze studentami wyższych lat polskich akademii sztuk pięknych.
Gdy zaczęła szkołę w wieku pięciu lat, pytano ją w Polsce: „A czegóż was, takie maluchy, tam uczą?”. Jej odpowiedź zaskoczyła mnie: „Uczą nas, abyśmy byli dobrzy jeden dla drugiego”.
Takiej odpowiedzi nie da polski uczeń. I trudno się dziwić, jeśli minister edukacji sam wypowiada słowa pełne nienawiści. Słowa, które nic nie mają wspólnego z tolerancją, wygłaszane są przed kamerami telewizyjnymi bez mrugnięcia okiem. Usłyszałam, że – jak mówił poseł Wojciech Wierzejski z LPR – każdy pedofil to pedał (nie zauważając rąk dorosłych mężczyzn sunących pod spódnice małych dziewczynek), a stoi za nimi mafia narkotykowa, na co dowodem jest to, że organizacje gejowskie mają dużo pieniędzy. Takie wypowiedzi sprawiają, że byłoby mi bardzo trudno podjąć decyzję, czy zostawić dziecko w polskiej szkole czy też narazić na „przesadzenie” w obce, angielskie środowisko. Jeśli chodzi o dzieci ze szkoły podstawowej, to na ogół problemów nie ma. Gorzej jest z nastolatkami. Znam bardzo pozytywne i negatywne przypadki.
Wychowanie polskiego dziecka na obczyźnie jest tym trudniejsze, że chcemy, aby zachowało polskość. Robiłam test: czy Churchill to bohater narodowy czy też ten który w Jałcie sprzedał Polskę. Działało bezbłędnie. Kiedy na mecz Polska-Anglia moja córka, już dorosła, poszła z kolegami do pubu, wiedziałam, że wychowałam Angielkę. Trudno. Muszę być tolerancyjna.

Katarzyna Bzowska

Goniec Polski

22:56, szterling
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 czerwca 2006
Nie samym chlebem...
Życie i Praca w Wielkiej Brytanii


Dwie wycieczki


Wielu Polaków, mimo iż przebywa tu już pewien czas, nie zna właściwie tego kraju. Tak się jakoś składa, że (z tego, co wiem) wolimy raczej wolne dni spędzać w „domowych pieleszach”, popijając piwko, a najwyżej z grupą znajomych zorganizować sobie „grillowanie”, co na jedno wychodzi. Podobnie jest z tymi, którzy są w Anglii dopiero od niedawna. Nawet jeżeli wybraliby się gdzieś, to nie bardzo wiedzą gdzie i jak.
Lato zbliża się jednak wielkimi krokami. Wprawdzie tegoroczna wiosna nie rozpieszcza nas zbytnio ani słońcem, ani temperaturami, mimo to warto może pomyśleć o spędzeniu weekendu w sposób bardziej aktywny. Anglia to naprawdę piękny kraj, a w dodatku nie trzeba zbytnio oddalać się od samego Londynu, aby spędzić całkiem przyjemną niedzielę w plenerze.
Dziś chciałbym zaproponować dwie całkiem różne wycieczki do miejsc, które znajdują się w promieniu niewielu kilometrów od miasta.


Hrabstwo Essex


Zacznę od wypadu do znajdującego się na wschód od Londynu Hrabstwa Essex. Ta malownicza kraina o krajobrazie podobnym do mazowieckiego lub wielkopolskiego, warta jest odwiedzenia, choćby z tego powodu, że bardzo przypomina nam, Polakom, rodzinne strony. Może to więc być także znakomite lekarstwo na nostalgię. Mimo podobieństw, ma ona jednak swoje bardzo charakterystyczne dla angielskiej wsi akcenty, co moim zdaniem tylko podnosi walory wycieczki, jeżeli już się na nią zdecydujemy.
Jak się tam dostać? Sprawa nie jest wcale tak skomplikowana jak mogłoby się komuś wydawać. Oczywiście najlepiej, kiedy dysponuje się samochodem. Wielu z nas go posiada, a kto nie, też nie jest bez szans, albowiem (o czym niektórzy nie wiedzą) można stosunkowo tanio wynająć samochód osobowy w jednej z licznych w Londynie wypożyczalni. Mieszkańcom zachodniej i północno-zachodniej części miasta polecam wypożyczalnię na Chiswick. Mieści się ona tuż przy rondzie, które prowadzi do autostrady M4. Cena takiej przyjemności nie jest wygórowana, bowiem już za około 40 funtów (30-38) na dobę możemy wypożyczyć całkiem rozsądny samochód. Warunkiem jest jednak posiadanie prawa jazdy. Polski dokument jest jak najbardziej honorowany, choć doradzam mieć przy sobie paszport i jakiś wyciąg z banku. Czasem (choć nie zawsze) mogą o to zapytać.


Jeżeli przyjmiemy założenie, że pojadą takim autem cztery osoby, to koszt transportu wraz z paliwem w obie strony nie powinien przekroczyć 15 funtów na osobę. To znacznie taniej niż bilet na pociąg, niewiele drożej niż autokarem National Express, a daje pełną swobodę poruszania się. Ponieważ w niedzielę na ogół parkingi wszędzie są za darmo i nie trzeba płacić myta za przejazd przez centrum Londynu, sprawa wydaje się oczywista, że wynajęcie auta się opłaca. Choć może nie powinienem tego robić, ale dodam dla porządku, że w wypożyczalni nie należy się zjawiać rozsiewając wokół zapach „piwka” ani także z puszką tego napoju w ręku. Obsługa odmówi nam wypożyczenia pojazdu do czasu, kiedy zjawimy się w 100 procentach na trzeźwo. Mają oni bowiem zwyczaj mocno pociągać nosem.
Mamy już samochód i jedziemy na wycieczkę. Kierujemy się na szosę A12, którą bardzo łatwo jest osiągnąć jadąc z zachodniego Londynu północną obwodnicą, czyli drogą A406. To najszybszy sposób znalezienia się na naszej drodze do Essex. Kierujemy się w naszej podróży na Chelmsford i zaraz po przejechaniu skrzyżowania z obwodnicą M25 dojeżdżamy do miasteczka: Brentwood.
To bardzo urocza miejscowość, znana z częstych targów staroci zwanych tutaj antiques fair. W niedzielę nie ma tu problemów z zaparkowaniem samochodu. Zwiedzanie miasta proponuję rozpocząć od starówki oraz zabytkowej katedry, do której skierują nas znaki.
W Brentwood nie zatrzymujemy się jednak za długo, wszak naszym celem jest „plener”. Z miasteczka tego wypadamy na drogę numer A128. Jest ona malownicza, ale obowiązują na niej znaczne ograniczenia prędkości. W ogóle na angielskiej prowincji najczęściej jeździć można z prędkością do 40 mil/godz. Tu będzie to tylko 30 mil/godz.
Przez wioskę Navestock Side docieramy do innej, która nazywa się Kelvedon Hatch. Tu kończymy jazdę samochodem. Zaraz za głównym skrzyżowaniem wiejskich dróg kierujemy się w prawo i dojeżdżamy do sporego parkingu, na skraju którego znajduje się pub „Green Man”. Tam możemy zostawić auto, a także korzystając z ustawionych ławeczek zjeść małe co nieco przed spacerem przez pola i dębowe lasy hrabstwa Essex. Jeszcze będąc w Brentwood, warto kupić za 2,5 funta lokalną mapkę szlaków turystycznych. Nie będzie to na pewno jednorazowy wydatek, albowiem w tę okolicę wybrać się można co najmniej kilka razy i za każdym znaleźć coś nowego do zobaczenia.
Z miejsca, w którym jesteśmy, wiedzie kilka szlaków turystycznych o spacerowym charakterze, dostępnych bez specjalnego obuwia. Zaczynają się one (tak jak wszystkie w Anglii) drogowskazem, na którym napisane jest „public footpath”. Jest to znak, że możemy tą drogą swobodnie się poruszać. Pamiętać jednak należy, aby się jej trzymać. Na wsiach często spotkać możemy bowiem napisy „private road”, co oznacza, że poza wyjątkowymi losowymi przypadkami, nie wolno na nie wchodzić.
W Wielkiej Brytanii jest stosunkowo mało otwartych dostępnych dla wszystkich terenów, a prawo własności drogi jest traktowane poważnie. Z tego samego powodu nie powinniśmy zbierać żadnych owoców runa leśnego, jeżeli nie mamy pewności czy las, w którym jesteśmy jest „public place”. Ścieżka może bowiem być publiczna, a las już nie.
Posługując się mapką, mamy przed sobą kilka możliwości interesujących wycieczek. Wiodą one trasami umożliwiającymi podziwianie krajobrazu, poprzez dębowe lasy i zagajniki, w których niektóre drzewa mają po kilkaset lat. Szlaki są tak poprowadzone, że możemy zrobić większe lub mniejsze kółko i znaleźć się z powrotem na naszym parkingu. Wycieczki wyliczone są na czas od 2-4, 5 godzin z małymi przerwami na posiłki, robienie fotografii czy podglądanie dzikiego ptactwa. Pamiętajmy przy tym, abyśmy swoje opakowania, śmieci i butelki po napojach przynieśli z powrotem na parking i wrzucili do znajdujących się tam kubłów.
W sumie wypad taki to spokojna relaksująca wycieczka nawet dla rodziny z dziećmi. Dojazd przy odrobinie szczęścia nie powinien zająć więcej niż godzinę. Tyleż samo powrót.


Legoland


Druga wycieczka jest bardziej standardowa i niestety nieco bardziej kosztowna. Jest to wypad do Legolandu, znajdującego się w Windsor, kilkanaście mil na zachód od Londynu autostradą M4. Wycieczka ta zrobi nam wprawdzie małą dziurę w kieszeni, ale za to wielką przyjemność sprawi naszym milusińskim.
Z autostrady M4 dostajemy się zjazdem numer 6 na Windsor. Już przy samej M4, a potem na całej drodze do Legolandu, widać wyraźne znaki jak tam dojechać. Trudno się zgubić, zwłaszcza że większość poruszających się tam ślimaczym tempem samochodów to także pojazdy amatorów tej atrakcji. Dojeżdżamy do parkingu z oznaczonymi wielkimi literami, zrobionymi z klocków lego sektorami. Zapamiętajmy, w jakim sektorze zostawiamy samochód, bowiem jest ich tam tysiące, parking jest wielki, a wszystkie miejsca na nim podobne.
Już sam dojazd wprawi nasze pociechy w podniecenie, gdyż przy drodze ustawione są wielkie figury i znaki zrobione z ulubionych przez wszystkich kolorowych klocków. Kiedy jednak znajdziemy się w samym Legolandzie, cały świat zamieni się nam w klockową bajkę. Atrakcji jest mnóstwo, od zbudowanego z klocków zamku rycerzy (Knight Kingdom), przez minikolejkę, aż do klockowego toru z „prawdziwymi” samochodami, zrobionymi (a jakże) z klocków lego, którymi nasze pociechy mogą sobie pojeździć.
Są zrobione z klocków miniatury znanych budynków z całego świata, a także – niestety dla naszej kieszeni – sklepy z całym lego-klockowym bogactwem, włącznie z markowymi ubraniami. Spotkamy także znane z bajek i filmów dla dzieci od lat 5 do 105 postacie zrobione tą samą klockową techniką. Atrakcje te są zgrupowane tematycznie, z uwzględnieniem grup wiekowych, tak że nawet małe dzieci nie będą się nudzić. Dla nich jest Duplo land oraz strefa dla „początkujących”.
Na miejscu odbywają się także różne okresowe przedstawienia. Wszystkie informacje o nich znajdują się na stronie internetowej oraz na miejscu, na tablicach. Tam też – godziny, w których one się odbywają.
Bilety nabyć można na miejscu stojąc w dość długiej na ogół kolejce lub zamówić przez Internet i wtedy odbierzemy je na miejscu. Do tego kolejka jest znacznie krótsza. Dorosły za przyjemność tę zapłacić musi 30 funtów, a dziecko 23 funty. Za to mamy wstęp do wszystkich, licznych zresztą, atrakcji. Jeżeli wykupimy dodatkowo specjalny voucher za 5 funtów, wchodzić będziemy do kolejnych miejsc prawie bez kolejki. Doradzam zamówienie biletów przez Internet, a także zabranie ze sobą prowiantu, jako że jak to w takich miejscach jedzenie i napoje są dość drogie.
Legoland otwarty jest w zasadzie cały rok, w godzinach od 10.00 do 18.00. W niektórych miesiącach do 16.00. Informacje o tym można znaleźć na stronie internetowej www.legoland.co.uk, tam też można zamówić wcześniej bilety.
W sumie wycieczka, choć kosztowna, na pewno będzie sporą atrakcją, zarówno dla dzieci jak i dla rodziców. Szczególnie jednak dla dzieci.

Tekst i fot.: Jędrek Śpiwok

Dziennik Polski

21:38, szterling
Link Dodaj komentarz »
Sakramentalne yes

W Wielkiej Brytanii nie tylko żyjemy i pracujemy, ale także coraz częściej bierzemy ślub. Nie tylko z obcokrajowcami... Rośnie także liczba polskich ślubów.

Za kilka tygodni 27-letnia Renata z okolic Poznania, która w Londynie pracuje w call centre jednej z firm kurierskich, powie sakramentalne tak swojemu chłopakowi – Przemkowi. Para nie ma jednak zamiaru zrobić tego w Polsce, ale w Londynie. Po kilku dyskusjach okazało się, że bilety lotnicze dla najbliższej rodziny i małe przyjęcie kosztować będą mniej niż tradycyjne polskie wesele, a do tego uda się wszystkie przygotowania i samą ceremonię zaaranżować tak, by nie ucierpiała na tym praca, za którą obydwoje młodzi przywędrowali do Wielkiej Brytanii.

Wszystko jest na miejscu


Decyzję podjęliśmy dość spontanicznie. Praktycznie wymusiło ją na nas życie w Londynie, bo skoro już wynajmowaliśmy razem mieszkanie, razem gotowaliśmy, robiliśmy zakupy i dzieliliśmy się wszystkimi troskami, to czemu nie robić tego jako małżeństwo – mówi dziewczyna. – Poza tym naszym rodzinom nie bardzo podobało się to, że żyjemy ze sobą na kocią łapę – dodaje.
Zdaniem jej narzeczonego, w decyzji pomogła im także świadomość, że tutaj znacznie łatwiej o pracę i zapewnienie sobie oraz planowanemu potomstwu godnego bytu.

Gdy zaczęliśmy zastanawiać się, czy cokolwiek będziemy musieli sprowadzać na tę okoliczność z Polski, okazało się, że nie ma takiej potrzeby, bo wszelkie polskie serwisy są już na miejscu. Poza tym są dość konkurencyjne cenowo – podsumowuje Renata.

Przyznaje jednak, że decyzja o urządzeniu wszystkiego w Londynie wzięła się także z niechęci do dużych polskich wesel, na które tradycyjnie trzeba zaprosić rodzinę, którą czasem widzi się pierwszy raz w życiu, krewnych – zarówno tych bliższych, jak i dalszych oraz przyjaciół, znajomych i sąsiadów.

Tymczasem planowana przez nich uroczystość zamknie się w gronie 22 osób, z czego 14 przyleci z Polski. Zamiast na sali przyjęcie odbędzie się w przydomowym ogrodzie pod wypożyczonym zadaszeniem. O jedzenie zadbają sami młodzi i ich mamy, które zjawią się dwa dni wcześniej niż inni goście, by pomóc w ostatnich przygotowaniach. Zamiast zespołu będzie muzyka puszczana z magnetofonu.

Dla nas najważniejsze jest to, co się będzie działo w kościele, party w domu to tylko dodatek – mówi Renata. – Nie przywiązujemy więc do niego jakiejś szczególnej wagi, choć staramy się, by wyszło miło.

Choć tak skromne przyjęcia są dość popularne wśród polskich par pobierających się w Londynie, są i tacy, którzy starają się przenieść na Wyspy typowo polski klimat. Coraz częstsze są więc przyjęcia z tzw. pompą, na 70, 80, a nawet sto osób.
Pod koniec sierpnia mam zamówienie na obsługę imprezy na 150 osób – zdradza Darek z firmy DG Studio na Angel, która zajmuje się m.in. wideofilmowaniem imprez okolicznościowych. – Sam jestem ciekaw, co to będzie, bo tak dużego wesela jeszcze nie obsługiwałem... – zastanawia się.

Wyjście ostateczne?


Wiele osób jest jednak zdania, że polskie wesele możliwe jest tylko w Polsce, a pobieranie się w Wielkiej Brytanii to wyjście ostateczne.
Sylwia i Maciek z Zawad na małżeństwo zdecydowali się dwa lata temu, pobiorą się jednak dopiero w sierpniu. Za około miesiąc definitywnie opuszczą Anglię. Suknię, buty, garnitur, obrączki kupią w Londynie. Dlaczego?

Bo nie mamy czasu latać do chwilę do Polski na kolejne przymiarki czy nerwowe poszukiwania czegoś tylko w weekendy – stwierdza Sylwia. – Jeśli dobrze poszukać, może okazać się, że niektóre rzeczy są nawet tańsze niż w kraju, a do tego oryginalniejsze – dodaje.
Oboje narzeczeni przyznają też, że ani przez chwilę nie zastanawiali się nad ślubem w Londynie.

Takiej możliwości nie było. Nie jesteśmy może fanami wielkich przyjęć, ale chcemy zapamiętać ten dzień na całe życie i chcemy, by była z nami rodzina. Nie mielibyśmy serca okrajać listy tylko do najbliższych nam osób, po to, by zminimalizować koszty – opowiadają.
Jak sami twierdzą, nie wszyscy członkowie rodziny czuliby się w Wielkiej Brytanii swobodnie. Nie wszyscy chcieliby także zgodzić się na opłacenie im biletów lotniczych.

Summa summarum, nawet gdybyśmy chcieli pobrać się tutaj, byłoby z tym więcej problemów niż radości – kończy Sylwia.
Choć zdania na temat tego, gdzie się pobierać są mocno podzielone, ludzie, którzy zajmują się ślubno-weselnym biznesem twierdzą, że liczba polskich małżeństw zawieranych w Londynie znacznie wzrosła.

To co się dzieje to coś niesamowitego – mówi Darek z DG Studio. – Jeszcze pół roku temu zamówień było mało... A teraz! Błyskawicznie się rozwijamy – otwieramy studio, ludzie dzwonią do nas codziennie i mamy coraz więcej zamówień. Co ciekawsze, ludzie dzwonią nie tylko z Londynu, ale także innych miast. Często nie jestem wszystkiego zrobić sam, więc wysyłam swoich ludzi – opowiada.


Zdaniem polskiego kamerzysty, rosnąca liczba polskich lub „mieszanych” ślubów to dopiero początek. Z jego obserwacji wynika, że zapracowani rodacy, często nie mają nawet czasu wrócić na ten jeden z najważniejszych w życiu dni do Polski, więc wszystko organizują na miejscu. Tym bardziej, biorąc pod uwagę, że wesele w warunkach angielskich trwa tylko kilka godzin – zaledwie do północy lub najpóźniej do godziny pierwszej, wielu nowożeńcom jest to bardzo na rękę.

Na taką opcję decydują się szczególnie ci, którzy nie przepadają za staropolskimi, hucznymi biesiadami na ponad sto osób, z obowiązkową orkiestrą, mnóstwem jedzenia i poprawinami, na których również cała rodzina powinna się stawić w komplecie.

Wielu Polaków, by zorganizować imprezę tutaj wydaje ostatnie grosze – stwierdza Darek. – I także tutaj zamawiają kamerzystę czy fotografa, ale raczej rodaka, bo tylko taki jest się w stanie odnaleźć w klimacie imprezy i niczego nie przeoczyć – dodaje.
Poza tym zaproszeni z Polski goście także czują się pewniej, gdy ich zabawę filmuje ktoś z tego samego kraju.

Czują się wtedy swobodniej i na przykład tata panny młodej nie ma oporów, by coś zaśpiewać czy zainicjować jakiegoś wężyka. Gdy na sali jest na przykład 60 Anglików i 10 Polaków, ci drudzy naprawdę nieswojo się czują – opowiada Darek. Kamerzysta z Polski często więc traktowany jest jako ktoś naprawdę swojski. Co więcej, gdy w restauracji, gdzie odbywa się przyjęcie, jest jakakolwiek polska obsługa, często także ona zapraszana jest do wspólnych tańców i śpiewów.

Polscy kamerzyści czy fotografowie obsługują nie tylko polskie imprezy. Konkurencyjni cenowo dla Brytyjczyków bywają także na typowo angielskich party. Te zaś bardzo różnią się od polskich.
Polskie są zazwyczaj bardziej skromne. Stawiamy bardziej na klimat i dobre jedzenie niż piękną salę i jej bogaty wystrój. Na zapłacenie za całą imprezę od 5 do 20 tys. funtów, czyli tyle, ile wydają średnio Anglicy, na razie nas nie stać – mówi Rafał Głowa, polski fotograf z Rafphotostudio.

Trudne zadanie fotografa


Na razie Polacy decydują się raczej na tańszy odpowiednik. Rezygnują m.in. z florystki, która za przystrojenie sali bierze ponad 1000 funtów, zespołu czy DJ-a, który zainkasuje drugie tyle czy na przykład tzw. party bag, czyli podarunków dla każdego z gości na zakończenie imprezy. Także fotografa decydują się raczej wynająć tylko na kilka godzin niż na cały dzień. By więc oddać klimat uroczystości, fotograf ma niewiele czasu. Nieco inny jest także rodzaj zamówień.

W Polsce pary idą do studia i ustawiają się na tle sielskiego, często tandetnego pola żyta czy kawałka wozu. Tu raczej nowożeńcy decydują się na zdjęcia w kościele i potem krótką sesję w plenerze. Niekiedy dochodzi do tego także kilka zdjęć z przyjęcia – opowiada Rafał Głowa.

O ile dla Polaków najważniejszymi momentami podczas całego wydarzenia są na przykład moment przysięgi, oczepiny czy pierwszy taniec, gdy pobierają się pary mieszane fotograf musi przede wszystkim uchwycić krojenie piętrowego tortu, podprowadzanie panny młodej przez ojca do ołtarza czy podążający za panną młodą korowód druhen.

Party, na których bawią się przedstawiciele dwóch kultur bywają czasem dla fotografa czy kamerzysty bardzo trudne. Szczególnie wtedy, gdy rodzina nie jest zachwycona wyborem życiowego partnera przez córkę czy syna i podczas przyjęcia wszyscy mają niewesołe miny. Takie sytuacje na szczęście nie zdarzają się często, choć wiele osób zajmujących się ślubnym biznesem w Wielkiej Brytanii spotkało się choć raz z podobnym przypadkiem.

Polki inwestują w jakość


Kolejną branżą, która odczuwa, że chętnych do ożenku przybywa, są salony mody ślubnej. W Bridal Gallery na South Ealing u Agaty Czarnoty sobota to najbardziej pracowity dzień. Niemal od samego rana polskie klientki, które po całym tygodniu pracy mają wreszcie odrobinę czasu, by pomyśleć o swojej uroczystości, mają zarezerwowane spotkania.

Ponieważ każdej klientce daję na szczęście słonika i pamiątkową kartkę wiem mniej więcej ile ich do mnie przychodzi. Od około półtora roku było ich ponad 150 – opowiada Agata Czarnota.
Choć, jak sama przyznaje, ceny sukien w Londynie są nieco wyższe niż w Polsce, wiele dziewcząt decyduje się je kupić właśnie tutaj. Głównie dlatego, że nawet jeśli do tańszej, zamawianej w kraju sukni doliczyć pieniądze za przelot i dniówkę, która przepada w Wielkiej Brytanii, pozornie droga angielska suknia okazuje się konkurencyjna cenowo. Dla pań, które mają zaś wyjątkowo skromny budżet jest jeszcze inna opcja – całą kreację można wypożyczyć.

Polki chętnie inwestują w jakość, dobre koronki, diamenciki od Swarovskiego. Chcą się w tym jedynym dniu wyróżnić. Nie oznacza to jednak zbytniej odwagi, bo przyszłe panny młode często proszą o bolerko do zbyt odkrytej sukni, by w kościele wyglądać skromnie – opowiada Agata Czarnota. – Coraz częściej natomiast eksperymentują z kolorami; miałyśmy już zamówienie m.in. na kreację różową czy zieloną.

Żeby nie uciekło szczęście


Z relacji właścicielki salonu Bridal Gallery wynika też, że mimo iż suknie szyte są ponad dwa tysiące kilometrów od Polski, przy szyciu obowiązują te same przesądy co w kraju. Dziewczyny jak ognia wystrzegają się perełek, które podobno są zwiastunami nieszczęścia, proszą, by wszywać im za biustonosz czy gorset kawałeczek chleba lub grosik albo zamawiają niebieskie podwiązki.

Wiele z naszych rodaczek, przejęło także tradycję ze „ślubnego” angielskiego wierszyka.
Something old, something new, something borrowed, something blue – recytuje pani Agata. – Czyli coś starego, coś nowego, coś pożyczonego i coś niebieskiego – wyjaśnia.

Podobne spostrzeżenia ma Elżbieta Odyjewska, polska konsultantka z salonu Pronuptia na Hendon.
Panie szukają też pełnego obuwia, bo przez odkryte ucieka szczęcie – dodaje.
Ona także zauważyła, że liczba klientek z Polski zdecydowanie rośnie. Nawet jeśli nie decydują się na sam ślub w Wielkiej Brytanii, tu załatwiają wszelkie możliwe sprawy, by oszczędzić czas i pieniądze na podróże do Polski.

Suknia z Londynu, który jest jedną ze światowych stolic mody, także ma dla niektórych spore znaczenie. Wiele jest takich pań, które zamawiają u nas kreacje znanych projektantów, które jeszcze nie dotarły do Polski, a które można było już zobaczyć na zachodnich wybiegach – opowiada pani Ela.
Mimo tej chęci odróżnienia się w naszych rodaczkach jest także umiłowanie tradycji. Dlatego jeśli nawet decydują się na fasonowe szaleństwo, zostają wierne jasnym kolorom i skromnym dodatkom.

Nowe trendy panują także w zamawianej w Londynie biżuterii. Projektant Marcin Oliwa jest zdania, że w Wielkiej Brytanii warto w nią zainwestować m.in. z tego powodu, że jest ona sporo tańsza. Dla przykładu podaje przykład jednej z par, która na zaręczynowy pierścionek z brylantem w Polsce wydała 3 tys. funtów. W Londynie
identyczny można było znaleźć o prawie tysiąc funtów taniej.

Podobnie z obrączkami, tutaj można znaleźć czy zamówić grubsze, bogatsze i przede wszystkim ładniejsze. Poza tym z modnego teraz białego złota czy platyny – mówi.
On sam jednak przyznaje, że u niego w biznesie raczej znacznego wzrostu zainteresowania nie widać.
Na razie obsługuję przede wszystkim Anglików. Polacy jeszcze nie wiedzą, że ceny biżuterii są tu konkurencyjne – stwierdza.
A może po prostu jeszcze nie stać nas na ślub w typowo angielskim stylu?

Katarzyna Kopacz

Źródło: Goniec Polski

17:56, szterling
Link Dodaj komentarz »
Cała prawda o nas – oczami angielskiego dziennika

Dziennik „Daily Mail” w wydaniach z 17 – 19 maja opublikował trzy obszerne artykuły na temat polskich imigrantów. Dziennikarka odwiedziła nie tylko polskie dzielnice Londynu, miasto Southamtpon czy Manchester.

Dziennik „Daily Mail” w wydaniach z 17 – 19 maja opublikował trzy obszerne artykuły na temat polskich imigrantów. Autorka tekstów Fiona Barton w poszukiwaniu prawdy o „nowych Brytyjczykach” przez kilka miesięcy przygotowywała się do artykułów. Dziennikarka odwiedziła nie tylko polskie dzielnice Londynu, miasto Southamtpon czy Manchester.

Wybrała się również do Polski, do prowincjonalnego miasteczka Rzeszowa - jak opisuje południowo-wschodnie miasto Daily Mail - gdzie spotkała się z rodzinami imigrantów, czy z potencjonalnymi chętnymi na wyjazd do pracy na Wyspy. Seria trzech artykułów „Daily Mail” to historie imigrantów opierające się przede wszystkim na kontrastach: nadzieja i zachłanność, ciężka praca i eksploatacja, ambicja i skrajna nędza. Bohaterowie artykułów to zarówno ci, którym się powiodło na Wyspach; tacy, którzy ponieśli porażkę lub zostali oszukani i wreszcie ich rodziny w Polsce.

Dziennikarka podczas zbierania materiałów do artykułów zarówno w angielskim mieście Southampton, jak i w Polsce czuła się jak... obcokrajowiec. W Southampton, prężnie rozwijającym się mieście w hrabstwie Hampshire, w którym niegdyś częściowo osiedliła się emigracja powojenna, dzisiaj na 220 tysięcy mieszkańców, co dziesiąty pochodzi z Polski. Nic dziwnego, skoro w Polsce miasto to uchodzi za brytyjskie eldorado. Skuszeni opowieściami Polacy przyjeżdżają tam w poszukiwaniu szczęścia.

Jest w Southampton polski fryzjer, polskie sklepy, polskojęzyczny program w radiu, kościół, klub, pub, a w drużynie piłkarskiej „The Saints” gra trzech polskich zawodników. Odkąd zadomowili się tam Polacy, tani i z dość podłymi produktami spożywczymi Lidl zyskał wreszcie klientów, a w jednej ze szkół St Joseph’s zatrudniono trzech polskich nauczycieli wspomagających, aby pomogli zaaklimatyzować się polskim uczniom.

„Kiedy jadę rano do pracy rowerem, z cudem graniczy, aby usłyszeć na ulicy język angielski. Nie posądzajcie mnie o rasizm, lubię Polaków, ale jest ich tu trochę za dużo” – czytamy w „Daily Mail” relację jednego z mieszkańców Southampton.Poznajemy też bardzo optymistyczne opinie: „myślę, że wnieśli życie do sennego Southampton”

W artykule „The new Britons” autorka przedstawia czytelnikom Anię, blondynkę z tipsami, która z powodzeniem prowadzi niedawno otwarty własny zakład fryzjerski. Jednak nie dla wszystkich „nowych Brytyjczyków”, jak określa Polaków Fiona Barton, wyjazd do Brytanii okazał się sukcesem i zdecydowanym polepszeniem statusu materialnego.

W artykule „New Slave Trade” z 18 maja poznajemy ludzi, którzy ulegli bajkom opowiadanym przez firmy rekrutujące w Polsce do pracy na Wyspach. Przed potencjalnymi pracownikami roztaczano utopijne wizje o krainie mlekiem i miodem płynącej. Jednak po przyjeździe do Anglii prawda okazała się zgoła inna.

Agencja Resource Recruitment obiecywała pomoc przy załatwieniu National Insurance Number, w Home Office, z rejestracją, bankiem, zakwaterowaniem. Po przyjeździe okazało się, że żaden z warunków nie został spełniony, a kwatera okazała się – w przypadku jednego z opisanych bohaterów – ciasnym pokojem z trzema innymi mężczyznami, za który każdy z osobna płacił 60 funtów tygodniowo! Oprócz tego zmuszony został do płacenia 15 funtów tygodniowo za transport busem do pracy oddalonej od kwatery 30 mil.
W artykule poznajemy również inne sposoby eksploatacji pracowników z Polski.

Jedna z agencji rekrutujących w Nerfold z każdej tygodniówki zabierała po 15 funtów na dla nikogo nic nie mówiące „management fee”. W efekcie pracownicy dostawali 53,87 funtów na rękę za 40 godzin pracy. Łatwo policzyć, że to o wiele mniej niż podobno gwarantowane minimum, czyli 5,05 funta na godzinę przed podatkiem. Pracownicy w Norfold musieli się zadowolić śmieszną kwotą 1, 35 funta na godzinę.

We wschodniej Anglii jeden z pracodawców pobierał od każdego Polaka 50 funtów z tygodniówki. Kwota ta miała pokryć koszty dojazdu, który zapewniał swoim pracownikom. Dziesięciu pracowników w tygodniu pozwalało mu zarobić na czysto 500 funtów!

Autorka „New Slave Trade” przypomina, że pracownicy z Polski nie mają prawa do ubiegania się o zasiłki, nawet wtedy, kiedy wykorzystani czy oszukani lądują na ulicy. Nie dziwi zatem, że niektórzy popadają w skrajną nędzę lub kończą w przytułkach lub bez dachu nad głową. 75 procent ze 110 ludzi, którzy korzystają z darmowych posiłków w kościele St Saviour’s (zachodni Londyn) to Polacy.

Często są to właśnie ofiary zdzierstwa, niesprawiedliwych i działających niezgodnie z prawem agencji rekrutujących, które żerują na często zdesperowanych, nie znających ani języka angielskiego, ani prawa pracownikach z Polski.

Przekaz jednego z bohaterów artykułu „New Slave Trade” jest jasny: „Nikt w Polsce nawet nie podejrzewa, że tu może być aż tak źle, że żyjemy w podłych warunkach. Mówiłem moim przyjaciołom o realiach i o swoich problemach, ale oni nie chcą słuchać. Dalej przyjeżdżają, bo nie mogąc znaleźć w Polsce pracy liczą na to, że uda im się tutaj. Ryzykują i przyjeżdżają”.

Jak się okazuje – co dowodzą rozmowy, które Barton przeprowadziła w Polsce – dla wielu wyjazd to ostatnia deska ratunku. Czytamy: „żeby żyć muszą wyjechać z Polski, gdzie bezrobocie sięga 20 procent, a 40 procent absolwentów każdego roku nie znajduje zatrudnienia. Aby zarobić na życie muszą zatem opuścić Polskę”.

W rezultacie wyjazd do Wielkiej Brytanii stał się jedyną alternatywą dla tych wszystkich, którzy nie znaleźli zatrudnienia w Polsce lub zarobiane pieniądze nie starczały na życie. To problem, który dotyczy zarówno Polski, jak i Wielkiej Brytanii. Podczas gdy Polska traci młodych, chętnych do pracy najlepszych swoich pracowników, tak Wielka Brytania pochłania kolejne najazdy pracowników z Polski, którzy niestety dość często stają się ofiarą nieprofesjonalnych firm rekrutujących. Eksploatacja, poniżenie to jeden z odcieni emigracji.

Joanna Biszewska

Źródło: Cooltura - Polish Weekly Magazine

17:42, szterling
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2006
Pięć tysięcy Polaków w Inverness
Szkockie miasteczko Inverness liczy około 50 tys. mieszkańców. Obecnie przeżywa pewnego rodzaju szok związany z przyjazdem dużej ilości Polaków i bynajmniej nie są to turyści. Średnio na 10 mieszkańców przypada 1 statystyczny Polak. Ogółem daje to już 5 tys. naszych rodaków.

- Do tej pory najemną siłę roboczą w naszym miasteczku stanowili Porugalczycy i Hindusi - opowiada Grażyna Śmigiel, jedna z członkiń Stowarzyszenia Polaków. Ostatnio sytuacja ta jednak szybko się zmienia. Szkocja, jak mówi, jest bardzo gościnnym krajem, chętnie wita młodych ludzi, szczególnie tych przygotowanych do pracy. - Ostatnio skala tego zjawiska znacznie przekroczyła oczekiwania wielu. Do pracy przybywają ludzie, którzy zupełnie nie znają tutejszych realiów, jak i choćby podstaw języka, bez żadnych zabezpieczeń lokalowych, czy finansowych licząc, że „jakoś to będzie” - argumentowała dalej kobieta.

 

Restauracja, skupia Polaków

- Ze względu na to, że nasza zbiorowość jest bardzo rozproszona, nie ma między rodakami więzi, jedynym punktem, w którym można uzystać pomoc i jakiekolwiek informacje jest restauracja Ziozel prowadzona przez wspaniałą kobietę mającą polskie korzenie. Mówię o Patrycji Boczyński. U niej ludzie znajdują niejednokrotnie przysłowiową deskę ratunku - wyjaśnia. Nieco ponad dwa miesiące temu z jej inicjatywy popartej kilkoma „zapaleńcami” zaczęło się tworzyć Stowarzyszenie Polaków w Inverness - niezależną organizację zrzeszającą naszych rodaków, Szkotów oraz sympatyzujących z nami przedstawicieli innych narodowości.

 

Chcemy równych praw
- Zorganizowaliśmy się po to, by pomóc pracującym w Highlands rodakom w osiągnięciu zadowalającego poziomu życia. Stowarzyszenie jest prowadzone przez samych członków. Dzielimy się swoją wiedzą i doświadczeniem z tymi, którzy tego potrzebują - wyjaśniała.

Nie ukrywa, że plany Stowarzyszenia są bardzo ambitne. - Obecnie pracujemy nad stworzeniem wydajnego systemu informacyjnego, możliwością nauki języka angielskiego dla wszystkich chętnych, stworzeniem prężnego systemu łączności pracodawców z pracownikami, czy rozwiązywaniem kwestii problemu mieszkaniowego. Jest także mowa o utworzeniu letniej szkoły Kultury Polskiej - zdradza kilka ambitnych planów.

 

Myślą nad Wielkanocą

- W kwietniu z kolei planujemy urządzić śniadanie wielkanocne z udziałem sympatyzujących z nami Szkotów. Dzięki ogromnym wysiłkom pani Patrycji - naszej przewodniczącej i hojnym sponsorom: firma Soulution Driven, Johena Southerlanda z S-SAS będziemy mieli dwa komputery i własny serwis internetowy - mówi. Ponadto swoją opiekę nad Stowarzyszeniem roztoczyła miejscowa posłanka Mary Scanlon, a w szkockim Parlamencie pani Patrycja przedstawiła całą inicjatywę, która została bardzo pozytywnie przyjęta.

Katarzyna Reczek

Polish Express

23:09, szterling
Link Komentarze (3) »
Inwestować czas zacząć!

W Polsce jest nadal trudniej niż w innych krajach, a procedury biurokratyczne wywołują u brytyjskich przedsiębiorców zdziwienie.Gdyby zapytać laika, jaki jest stan wymiany handlowej między Polską a Wielką Brytanią z pewnością usłyszelibyśmy, że saldo jest dla Polski niekorzystne. Rzeczywistość wygląda inaczej – w 2004 roku nadwyżka handlowa Polski w handlu z Wielką Brytanią była większa niż z jakimkolwiek innym krajem na świecie i wyniosła 350 mln funtów (dane za rok 2005 znane będą w kwietniu).

Benzyna i guma do żucia
Pomimo dynamicznego wzrostu wzajemnej wymiany handlowej między obydwoma krajami (ok. 20 proc. rocznie) inwestycje brytyjskie są nadal mniejsze niż francuskie, amerykańskie, niemieckie czy holenderskie. Jak twierdzi Martin Oxley, dyrektor generalny Polsko-Brytyjskiej Izby Handlowej, bierze się to stąd, że robić interesy w Polsce jest nadal trudniej niż w innych krajach, a procedury biurokratyczne wywołują u brytyjskich przedsiębiorców zdziwienie.
Wielu średnich i małych przedsiębiorców właśnie biurokracja zniechęciła do inwestowania. Nie przestraszył się jej duży biznes.
Największym brytyjskim inwestorem jest Tesco, które zatrudnia obecnie 19.000 pracowników w kilkudziesięciu sklepach tej firmy w Polsce. To nadal niewiele w porównaniu z gigantami francuskimi (Francja to największy inwestor w naszym kraju). Inne wielkie firmy brytyjskie na polskim rynku to GlaxoSmithKline (farmaceutyki), Pilkington (huty szkła), firmy naftowe Shell i BP, specjalista ubezpieczeniowy Commercial Union i Cudbury-Schweppes, który kupił swego czasu markę czekolady E. Wedel, a obecnie podpisał umowę wartości 70 mln funtów na budowę fabryki gumy do żucia.
Swoją decyzję budowy fabryki właśnie w Polsce (powstanie ona w południowo-zachodniej części kraju) „słodki gigant” (kapitał tego międzynarodowego koncernu wynosi 11,5 mld funtów) uzasadnia dobrymi dotychczasowymi doświadczeniami na polskim rynku, dogodnym położeniem kraju oraz wysoko wykwalifikowaną siłą roboczą.

Z ziemi polskiej… na Wyspy
Z Polski do Wielkiej Brytanii sprowadzane są wyroby przemysłu maszynowego, meble i żywność. Martin Oxley uważa, że współpraca w sektorze rolnym z roku na rok będzie wzrastać: „Polskie produkty rolne są wysoko cenione za ich wartości smakowe i naturalny sposób produkcji”. To pozytywna spuścizna tego, że rolnicy byli oporni w przyjmowaniu komunistycznych form produkcji – w Polsce, pomimo nacisków na tworzenie PGR-ów i spółdzielni rolnych, przetrwały małe gospodarstwa, których właściciele nie mogli sobie pozwolić na wysoką chemizację produkcji. W rezultacie polscy rolnicy produkują dziś najmniej skażoną chemicznie żywność w Europie. To, że weszliśmy na tutejszy rynek z jedzeniem widać na każdym kroku – w wielkich supermarketach i małych sklepikach, które reklamują dużymi napisami, że można w nich kupić polską żywność. I kupują ją nie tylko Polacy, którzy przyjechali tutaj po rozszerzeniu Unii Europejskiej.

Wzrost zainteresowania
Utworzona w 1992 r. Polsko-Brytyjska Izba Handlowa zauważa zwiększenie zainteresowania Brytyjczyków robieniem interesów w Polsce i odwrotnie - polskich biznesmenów rynkiem brytyjskim (np. we wrześniu ubiegłego roku podpisany został kontrakt z firmą Irena Eris na dostawę polskich kosmetyków do sieci drogerii Boots).
W ciągu roku od rozszerzenia Unii Europejskiej liczba członków Izby wzrosła o 20 proc. Częściej Izba organizuje seminaria zarówno w różnych miastach Polski, jak i w Wielkiej Brytanii (w pierwszych dniach marca w ambasadzie RP w Londynie odbyło się spotkanie zatytułowane „Doing business in Poland”) i częściej potencjalni inwestorzy zwracają się do Izby z pytaniami i prośbami o pomoc w znajdowaniu partnerów do współpracy.
Podobny wzrost zainteresowania obserwuje też Dział Ekonomiczno-Handlowy polskiej ambasady. „Mamy około 50 zapytań tygodniowo – mówi radca handlowy, minister pełnomocny Krzysztof Trepczyński. – To wzrost o ok. 30 procent w ciągu roku. Do nas zwracają się głównie przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw, takich zatrudniających do stu pracowników. Wielcy inwestorzy nas nie potrzebują. A właśnie wśród tych mniejszych dostrzega się znaczny wzrost zainteresowania. Nawet nie wiemy ile ich jest, bo Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych odnotowuje w swoich statystykach jedynie firmy inwestujące powyżej jednego miliona dolarów. A brytyjskie firmy są często właśnie małe. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej jest znacznie zwiększone zainteresowanie rynkiem nieruchomości i polskimi pracownikami, chętnymi do pracy w Wielkiej Brytanii. I chodzi tu nie tylko o przysłowiowych polskich hydraulików, kierowców czy pielęgniarki, ale o dobrze wyszkolonych specjalistów z różnych dziedzin. Brytyjczycy nadrabiają w pewnym sensie zaległości. W inwestycjach w Polsce wyprzedzili ich konkurenci z Unii. Wynika to nie tylko z tego, że polskie przepisy są niezrozumiałe dla przyzwyczajonych do bardzo liberalnej gospodarki Brytyjczyków. W początkowym okresie przemian wiele firm zagranicznych weszło do sektora bankowego. W tej grupie nie było Brytyjczyków. To nie tylko powodowało brak zaufania ze strony potencjalnych inwestorów, ale też utrudniało przekazywanie pieniędzy. Obecnie obsługę brytyjskich przedsiębiorców przejął głównie bank irlandzki IAB”.

„Niewidoczna” wymiana
Także Julia Longbottom, odpowiednik ministra Trepczyńskiego w ambasadzie brytyjskiej w Warszawie odnotowała wzrost zainteresowania wzajemną współpracą po 1 maja 2004 r. Zwraca ona uwagę na to, że duża część wzajemnej wymiany jest „niewidoczna”, gdyż wiele wyrobów Made in Britain jest, przynajmniej częściowo, produkowanych w innych krajach, co oznacza, że mogą zawierać także polskie komponenty. Z drugiej strony, „niewidocznym” komponentem brytyjskiego eksportu są różnego typu przedsiębiorstwa usługowe, zwłaszcza prawnicze, doradztwa finansowego itp. Zwiększył się także udział Brytyjczyków w szkolnictwie, bo coraz większa liczba Polaków chce uczyć się angielskiego.
Zarówno Julia Longbottom, jak i Martin Oxley uważają, że Brytyjczycy nie są w pełni świadomi potencjalnych możliwości, jakie daje Polska. Do 2013 r. napływać tu będą ogromne fundusze unijne (należy się spodziewać, że będzie to suma ok. 73 mld euro). Jednocześnie potrzeby są ogromne, zwłaszcza jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę, budowę dróg, zdrowie i edukację. W Wielkiej Brytanii wiele przedsięwzięć w tych dziedzinach to inwestycje łączone sektora państwowego i prywatnego i ekspertyzą w tym zakresie może się podzielić. A dla Polski ten typ inwestycji jest jedynym rozwiązaniem.
Także i Polacy nie wykorzystują w pełni szans eksportu do Wielkiej Brytanii. Przy zmniejszającym się wyraźnie brytyjskim przemyśle elektryczno-maszynowym polskie fabryki, stojące często na progu bankructwa, mają ogromne pole do popisu. Jedną z przeszkód jest często brak odpowiedniej prezentacji w języku angielskim, łatwe do poprawienia przez rodowitych Anglików. Nawet najładniej wykonana i dobrze wydrukowana broszura, ale napisana złą angielszczyzną może odstraszyć potencjalnych kooperantów. Takie oszczędności nigdy się nie opłacą.
Ilu Brytyjczyków mieszka i pracuje w Polsce, właściwie nie wiadomo. Nikt nie prowadzi monitoringu. Jest to tym trudniejsze, że obecnie - obok Szwedów i Irlandczyków - Brytyjczycy są jedynymi, którzy nie muszą starać się o pozwolenie na pracę. Sytuacja ma zmienić się niedługo, kiedy to osobnymi przywilejami objęci zostaną obywatele innych państw unijnych. Brytyjczykom pojawią się konkurenci.

Katarzyna Bzowska

Goniec Polska

22:49, szterling
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 marca 2006
Miesięcznie 30 tys. osób wyjeżdża z Polski

26 lutego w THEBALTIMORESUN został opublikowany artykuł o emigracji zarobkowej Polaków na Zachód.
Jego autor przytacza przykład Marka Cygana, który po wygraniu prestiżowego konkursu Google Code Jam otrzymał nagrodę w wysokości 10tys USD oraz praktykę w Silicon Valley.
Otrzymał też, co oczywiste, wiele ofert pracy z firm informatycznych na całym świecie.

Marek Cygan, student Uniwersytetu Warszawskiego, w wieku 21 lat pokonał 14 500 konkurentów z 32 krajów.

Osiągnięte sukcesy otworzyłyprzed nim możliwości kariery poza granicami naszego kraju.
Pan Cygan nie jest jednak typowym przykładem swojej generacji.
Zamiast planować swoją przyszłość w Europie Zachodniej lub USA, gdzie oferowane płace są znacznie wyższe, podjął on decyzję o pozostaniu w Polsce.
Dochód nie jest dla mnie rzeczą najważniejszą. Chcę pozostać w Polsce - stwierdza Marek Cygan.

Każdego miesiąca Polskę opuszcza ok 30 tys. Osób. Jadą oni do Irlandii, Szwecji i Wielkiej Brytanii.
Są to bardzo często ludzie młodzi i dobrze wykształceni.

Emigracja zarobkowa z Europy Wschodniej wpłynęła na przyśpieszenie wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Kraje te, przewidując korzyści w rozwoju swojej gospodarki, nie wprowadziły żadnych ograniczeń związanych z zatrudnianiem przybyszów z nowoprzyjętych członków Unii Europejskiej.

Irlandia, pomimo napływu, na przełomie ostatnich 20 miesięcy, ok 160 tys pracowników z Europy Wschodniej, zanotowała spadek bezrobocia z 4.2% do 4%.

Napływ siły roboczej przyniósł znacznie więcej korzyści niż kosztów.

Obecnie widząc nieoczekiwane rezultaty, kolejne kraje UE rozważają możliwość rewizji swojego stanowiska i polityki zatrudnienia.

Niemcy i Francja nadal pozostają największymi oponentami.

Ostatnia ustawa Parlamentu Europejskiego, który w nowych przepisach zezwala na nieograniczony napływ siły roboczej w sektorze usług, została zmodyfikowana właśnie pod naciskiem związków zawodowych Niemiec i Francji.

Do ustawy wprowadzono zapisy, które mają na celu zabezpieczenie interesów wysoko opłacanych grup zawodowych w bogatych państwach UE.

Polska, w której bezrobocie sięga ok 18%, otworzyła drzwi dla ludzi chętnych do pracy poza granicami ojczystego kraju, szukającymi możliwosci zarobku.
Czy to jest jednak dobre wyjscie z zaistniałej sytuacji?

Jak stwierdzł Dyrektor jednego z instytutów naukowych w Polsce (Unia i Polska) Krzysztof Bobiński : Znajdujemy rozwiązanie problemu bezrobocia w Polsce, ale tracimy niewłaściwych ludzi....

Obecnie na naszych uczelniach studiuje ponad 2 mln młodzieży.
Jesteśmy jednym z najlepiej wykształconych społeczeństw w Europie.
Czy możemy jednak pozwolić sobie na utratę tego potencjału na rzecz innych krajów?

Służba zdrowia już odczuwa braki.
Nasi lekarze, pielęgniarki, dentyści oraz osoby z podobnymi kwalifikacjami, bez problemu znajdują pracę na Zachodzie.
Ograniczone zarobki w Polsce, powodują konieczność pracy na dwóch etatach oraz powszechny proceder brania łapówek od pacjentów.

Coraz częsciej, lekarze występują o zaświadczenie zezwalające na podjęcie pracy we własnym zawodzie w innych krajach UE.

Jeżeli nie dokonamy żadnych zmian, za niedługo zabraknie nam pracowników w służbie zdrowia i na leczenie będziemy musieli sie udawac do innych krajów UE.
Miejmy nadzieję, że Ci którzy sprawują władzę w Polsce nie dopuszczą do takiej sytuacji i prośmy siły wyższe aby więcej było takich Marków Cyganów.

Źródło: myPolinfo

14:20, szterling
Link Dodaj komentarz »
Nielegalny boks
Propozycja zarobienia 150 funtów w dziesięć minut brzmi naprawdę kusząco. Jednak czy warto ryzykować, życie i zdrowie dla spełnienia największego marzenia? - Chętnie walczyłbym jeszcze raz nawet za darmo pod warunkiem, że przeciwnikiem byłby człowiek, który organizuje walki - zapewnia Tomek, 21-latek z Warszawy

Tomek, 21-letni bokser spod Warszawy w Londynie jest od września ubiegłego roku. Jak większość młodych ludzi przyjechał do Wielkiej Brytanii w celu zarobienia pieniędzy. Na początku pobytu radził sobie bardzo dobrze. Już w dniu przyjazdu miał zapewnioną pracę i mieszkanie. Jednak dobra passa nie trwała zbyt długo. Załamany brakiem pracy i mieszkania szukał możliwości szybkiego zarobku, a 150 funtów w dziesięć minut brzmiało bardzo zachęcająco.

 

Pasja do boku

Tomek boksem interesował się od zawsze. Już jako dziecko zbierał pieniądze na rękawice bokserskie i worek treningowy. - Później zacząłem chodzić na dyskoteki i tam „trenowałem”. Na dyskotekach nigdy nie brakowało sparing partnerów - wspomina z uśmiechem na twarzy. Do pierwszego klubu bokserskiego przyłączył się dopiero w wieku 17 lat. Z braku perspektyw, a przede wszystkim pracy zamienił małe miasteczko na stolicę. Gdy przyjechał do Warszawy pierwszą rzeczą, jaką zrobił było zapisanie się do Klubu Bokserskiego Gwardia Warszawa. W klubie tym radził sobie bardzo dobrze. Brał udział w turniejach. Na dziewiętnaście stoczonych walk wszystkie wygrał w tym pięć przez nokaut. Co prawda nie płacił za treningi, ale jednocześnie nic nie zarabiał. Aby z czegoś żyć podjął pracę w piekarni. - Praca była bardzo ciężka, po piętnaście godzin na dobę. Nie starczało mi już ani czasu, ani siły na boks. Musiałem na jakiś czas przestać trenować - mówi. 

Po przyjeździe do Londynu w każdej wolnej chwili od pracy, mój rozmówca szukał klubów bokserskich, do których mógłby dołączyć. Po pewnym czasie wyjechał  do Luton, gdzie miał kolejną pracę. Tam przypadkiem w polskiej gazecie znalazł ogłoszenie dotyczące jednocześnie boksu i niezłego zarobku. Walki bokserskie, wygrana 150 funtów i telefon. - Bez wahania zadzwoniłem. Potrzebowałem pieniędzy oraz bardzo chciałem dalej boksować. Pomyślałem, że jest to dla mnie szansa - opowiada. Telefon odebrał Polak i umówił się z Tomkiem na spotkanie w Richmond. - Nie wiem, kto to był, przedstawił się tylko imieniem i kazał wypełnić formularz - mówi. Formularz zawierał głównie pytania o stan zdrowia i zapewnienie, że bokser walczy na własną odpowiedzialność.

 

Nocna gala

Nadszedł wieczór, w którym miała się odbyć walka. Tomek pojechał w umówione miejsce, czyli do klubu nocnego. Trochę się zdziwił, że na godzinę przed walką nie ma jakichkolwiek oznak, aby w ogóle działo się coś tego wieczoru. Na mniej więcej trzydzieści minut przed walką w błyskawicznym tempie ustawiono ring. Zjawił się również tajemniczy Polak. Przedstawił bokserom pokrótce grafik walk, wyjaśnił, że walki będą trwały trzy rundy po dwie minuty każda, po czym poszedł uważnie obserwować widowisko. W klubie znajdowało się od sześciuset do ośmiuset kibiców. - Myślę, że byli to ludzie zamożni, byli dobrze ubrani, a poza tym bilety nie były tanie (50 funtów). Było równie dużo mężczyzn, co i kobiet - relacjonuje. Tego wieczoru odbyło się trzydzieści walk. Były to walki brytyjsko - polskie. - Publiczność była wrogo nastawiona do Polaków. Chcieli, aby ich ulubieńcy po prostu zniszczyli nas na ringu. Na szczęście nie udało im się to - wspomina z dumą.

 

Brak zasad

Na ringu był, co prawda sędzia, ale nie był to sędzia profesjonalny, który znałby się na boksie. - Nie zauważał niedozwolonych chwytów - wyjaśnia Tomek tłumacząc, iż zapewne był to ktoś, kto po prostu pracował w tym klubie nocnym. - Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że w ogóle nas nie ważą. Wszyscy Brytyjczycy byli od dziesięciu do dwudziestu kilogramów ciężsi od Polaków. Bokserzy, z którymi walczyliśmy byli zaproszeni po to, aby zmieść nas z ringu. 

Mój rozmówca jak i pozostała reszta Polaków wygrali swoje walki. Tomek wygrał poprzez nokaut w pierwszej rundzie. Również, kilka pozostałych walk zakończyło się przed czasem. Byli dumni, z tak spektakularnego zwycięstwa na Brytyjczykami. Gdy emocje już opadły i spotkali się w szatni, okazało się, że tak naprawdę nie mają powodu do radości. Organizator zakomunikował Tomkowi i reszcie, że nie dostaną obiecanych pieniędzy. - Usłyszałem, że zakończyłem walkę przed czasem w związku, z czym nie pokazałem boksu, który miał zabawiać publiczność. Takiego boksu gdzie jest dużo nieczystych ciosów i jeszcze więcej krwi - opowiada. Nikt z Polaków nie dostał pieniędzy. Tajemniczy organizator umówił się w późniejszym czasie na wypłatę pieniędzy, ale oczywiście nie zjawił się i nie odbierał telefonu. - Chętnie walczyłbym jeszcze raz nawet za darmo pod warunkiem, że przeciwnikiem byłby ten organizator... - kwituje Tomek.

Magda Nabiałczyk

redakcja@polishexpress.co.uk

Źródło: Polish Express

13:51, szterling
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2